Monthly Archives: Maj 2017

Cieszy mnie

Mało mnie cieszy, mało mnie cieszy…

Wcale, że nie! Właśnie, że cieszy mnie bardzo bardzo dużo! Cieszą mnie filmy, które mogę oglądać, nawet te, które koniec końców są rozczarowaniem. Cieszy mnie, że potrafię w nie tak bardzo „wejść” emocjonalnie, że potem się wstydzę wyjść z kina. Cieszą mnie słoneczne dni, rower i że mogę spić spokojnie piwko na schodach bulwarów nadwiślańskich, śmiejąc się wspólnie z przyjaciółmi. Cieszy mnie tłum ludzi w parkach podczas wolnego popołudnia. Cieszą mnie ich szczęśliwe psy, latające bez smyczy w tą i z powrotem za piłką  albo za swoimi kolegami. Cieszy mnie, że się ekscytuję każdą, nawet najmniejsza podróżą. Samochodem, pociągiem, samolotem, na rowerze, to nieważne jest. W samochodzie możemy pośpiewać i się powygłupiać na tylnym siedzeniu. W pociągu mogę popatrzeć przez okno, co bardzo lubię. Starty i lądowania mnie cieszą. Jak mi wyjdzie zdjęcie, to mnie to cieszy. Kiedy mogę poudawać, że umiem pływać, bo mam płetwy, z którymi jest o wiele łatwiej. Gdy wyjdzie mi kolejne ciasto i jak wyjdzie mi mój pierwszy prawdziwy tort. Taki prawdziwy od podstaw i potem mnie wszyscy chwalą, choć wiem, że masa jest za słodka. W ogóle to miłe, gdy ludzie mnie chwalą. Jak ludzie sobie mówią fajne, miłe rzeczy to to też miłe. Cieszy mnie gdy przyjaciel jest dumny z plakatu, który właśnie stworzył i się ze mną tym dzieli. Gdy przyjaciółka odnajduje się w Japonii. Albo jak się przyjaciel zakochał tak na zabój i gdy mi o tym mówi, śmieją mu się oczy. Kiedy się okazuje, że wcale nie jestem taką ofiarą losu, bo na pustym lotnisku o 3 w nocy w obcym miejscu potrafię odnaleźć odpowiedni autobus, który mnie zawozi prosto do celu. Pierwsze prawdziwe pomidory i truskawki. Kwaśne wiśnie. Sztućce odziedziczone po babci. Dzieciaki siostry, szczęście taty, uśmiechnięty głos mamy. Jajecznica w weekend. Barmanka przygotowująca nam z zaangażowaniem drinki na Koszykach. Spacery. Nieznane miejsca. Gdy wypisuję kartki pocztowe, które zaraz wrzucę do skrzynki i gdy dostaję kartki pocztą, te własnoręcznie wypisane lub wyrysowane. Natura. Plany na przyszłość…

Chyba już starczy!

Otagowane , , ,

Dzień dobry ponownie

Czyli…. Czyli nie wiem co…

Chciałbym o czymś napisać, ale przecież każdy wie, jak jest, co nie? Niby raz na jakiś czas wpada mi pomysł do głowy na ciekawy temat. Nawet dość często. Zazwyczaj podczas powrotu do domu, rzadziej gdy zmierzam do roboty, bo wtedy mi żal dupę ściska, że kolejny dzień stracony, wiadomo. Niestety (albo stety!) żaden z pomysłów nie wytrzymuje próby czasu (czytaj: 15 minut, jakie mnie dzielą od domu / pracy). Wszystko wydaje mi się takie nieciekawe i nudne. Stosunki interpersonalne (wypadło mi ze łba bardziej potoczne określenie ej!) nudne. Polityka nudna (a raczej frustrująca, a po co się frustrować). Miłość nudna (tutaj null, nada, flatline, wszystko umarłszy). Nawet pogoda nudna!

No weźmy pierwszą z brzegu pogodę. Zima dała nam w kość, nagle z dnia na dzień zrobiło się w chuj letnio i każdy na ulicy wystawia teraz mordki swe zacne do słoneczka, co by niedobory witaminy D uzupełnić jak najprędzej bo zaraz zrobi się znów jesień i wstrętno i szaro buro (tylko w Bieszczadach pięknie i rudo!). I każdy szybko zapomni o słońcu i znów popadniemy w letarg i będziemy szukali ciepłych kątów gdzie bądź, byle ciepło i przytulnie. Już teraz, patrząc na zieleń wszędobylską buchającą z każdego możliwego miejsca, soczystą, myślę, że zaraz się to kurwa i tak skończy i  każdemu będzie przykro, a mnie już jest (M. słyszę Cię…). Nuda!!!

Te stosunki interpersonalne… Czyli życie w społeczeństwie… Czyli integracja? No nieważne, jak zwał, tak zwał. Clou polega na tym, iż coś takiego już ledwo istnieje. To znaczy istnieje, ale przeniosło się do szumnie zwanych social mediów. Rozmawiamy przez komunikatory, załatwiamy większość spraw przez internety, pierwszorzędne potrzeby typu jeść, pić, spać, miłość, seks, załatwiamy apkami. Ba, dbamy o zdrowie apkami! Natura, spacery, żywy kontakt z kimś, powoli zaczynają wygrywać z technologiami. I ja to rozumiem i w większości wypadków nie mam z tym problemu, bo niby idziemy z duchem czasu, ale… Ale jednak w niektórych chwilach ściska mnie w dołku, bo zamiast cieszyć się tym, co nas aktualnie otacza, co się wokół nas dzieje, dzielić się z innymi prawdziwymi emocjami… Wolimy dzielić się postami, płaską namiastką prawdziwości. Lajki okazują się ważniejsze od rzeczywistości. Stojąc na szczycie góry, nad przepaścią, nad brzegiem morza, tracimy zapierającą dech w piersiach perspektywę, kłaniając się przed smart urządzeniem. I ja też to robię i mnie to boli, bo wiem, że tyle tracę… Fejsbuk od jakiegoś czasu zastępuje nasze emocje emotami. Krok bliżej do obłędu. Ale każdy z nas jest tego świadom, każdy to widzi, czuje, więc po co pisać?

Miłość… Wyżej napisałem, jak to się odbywa, a ja to nie potrafię przez internet, więc zbytnio się rozwodził nie będę. Seksu też tam nie potrafię, dziwny jakiś jestem, asocjalny i w sumie chuj, bo mi to wisi (Tata miał takie powiedzonko „koło pisi wisi”. Moje ulubione! Jedno z). P. mi powtarza, że powinienem sobie kogoś do ruchania ogarnąć, bo mi tego potrzeba, a ja się pytam: niby po co? Bo tam to jakiś jebany kult ciała panuje, jakaś California słoneczna przez okrągły rok. Wszyscy porozbierani, wymodelowani, nienaturalnie idealni. I tylko „No photo, no chat”. Tacy oni mądrzy. Ja to mam swoją taką jedną miłość, którą zakopuję głęboko na dnie emocjonalnego wora, a która raz na jakiś czas próbuje się na powierzchnię wygramolić. I ja ją wtedy „jeb”, bo wiem, że to najmniejszego sensu nie ma, sprawa przegrana i pogrzebana i do dupy. Nuda!!!

O polityce nawet nie będę zaczynał. W tej kwestii jestem wykapany ojciec: wystarczy iskra.

Otagowane , , , , , , , ,
%d bloggers like this: